Aktualności, Dla początkujących

Oczami (nie)młodego nurka

dodano 12 września 2012

W każdym sporcie, który możemy nazwać ekstremalnym, znalezienie partnera/zespołu, któremu będziemy ufać, dogadywać się w sytuacjach kryzysowych, pomagać, a czasem ratować jest krytycznie ważne.  Zwiększa to radykalnie bezpieczeństwo i komfort uprawiania aktywności. Stąd jeśli uda mi się kogoś „przerobić” na partnera nurkowego z osób, z którymi robię inne ciekawe rzeczy, jest to dla mnie powód do wielkiego zadowolenia.

Od jakiegoś czasu nurkuję często z Piotrkiem. Robiliśmy już różne rzeczy razem od wspinaczki po skoki spadochronowe, a w końcu udało się też wdrożyć Piotrka w nurkowanie. Ponieważ ma lekkie pióro, poprosiłem go o napisanie swoich wrażeń jako osoby, która pamięta swój początek.

 

Oczami (nie)młodego nurka

Pierwszy oddech pod wodą zaczerpnąłem wiele lat temu podczas tzw. intro basenowego. Pamiętam, że ciekawość bardziej przewyższała strach, dlatego nie rozmyślając zbytnio nad skutkami tego co nieuniknione, wskoczyłem po prostu do wody z automatem w ustach. I dostąpiłem tego niezapomnianego uczucia: JA ODDYCHAM POD WODĄ! :-) Zabawa była przednia, jednak pomimo pierwszego zachwytu nie nastąpiła kontynuacja.

Ponownie do tematu podszedłem kilka lat później. Byłem wtedy w fazie mocnej fascynacji skokami ze spadochronem, adrenalina wylewała mi się uszami. Ale w pewien wakacyjny poniedziałek, po weekendowych podniebnych zmaganiach, pojechałem nad jezioro Dargin na intro nurkowe do Przemka.

Po omówieniu procedur bezpieczeństwa, zanurzyliśmy się pod wodę. Najpierw troszkę podstawowych ćwiczeń i wreszcie schodzimy do litoralu. I wtedy nastąpiło olśnienie: totalny relaks! Cisza, spokój, duuużo czasu, jakże inny klimat od spadania z samolotu! To nic, że widoczność marna, że przez godzinę widziałem jedną rybę i raka. Jest fantastycznie, lewituję sobie nad dnem i już! Już wtedy wiedziałem, że chcę to robić!

Niestety splot różnych wydarzeń spowodował, że szkolenie OWD osunęło się o kolejne dwa lata. Ale nadszedł w końcu czas, gdy spotkaliśmy się nad Hańczą i rozpoczęliśmy proces szkolenia, mający w efekcie zrobić ze mnie na nurka :-)

Początkowo traktowałem sprawę w kategoriach „diving just for fun” – ot, zanurzę się od czasu do czasu dla relaksu i wystarczy. Ale już pierwsze nurkowania z Przemkiem jako instruktorem i asystującym mu Norbertem dały mi do myślenia: oni pływają tak jakoś… inaczej. Poziomo, prawie się nie ruszają, a jeśli już to nogami machają inaczej niż ja. Pod wodą nie gadają ze sobą, a działają jakby się rozumieli bez słów. Tu musi być jakiś haczyk…
Z racji zainteresowań Przemka, od samego początku stawialiśmy na doskonalenie warsztatu wg. standardów nurkowania technicznego. Każda czynność pod wodą musiała być wykonana bezbłędnie, co często budziło moje frustracje. Każde dotknięcie dna i zmącenie wody to reprymenda, zbyt szybkie wynurzenie = reprymenda, brak kontaktu partnerskiego pod wodą = reprymenda. Często byłem na siebie (i oczywiście na Przemka!) zły, że coś mi nie wychodzi, ale stoicki spokój
i opanowanie instruktora uświadamiały mi, że nie od razu Kraków zbudowano. Ten sport wymaga jednak pracy, trzeba ćwiczyć aby być mistrzem.

Na szczęście w całym procesie szkolenia były również sytuacje śmieszne, a czasem wręcz komiczne. Ale co najważniejsze: NIGDY nie naruszyliśmy zasad bezpieczeństwa. To bardzo ważne, aby kursant czuł, że wszystko jest pod kontrolą, że nie jedziemy „po bandzie”.

Wracając do samego szkolenia: już na początku wiedziałem, że OWD to za mało. Koledzy poruszali się pod wodą bardzo precyzyjnie, wszystko było omówione, zaplanowany czas nurkowania, policzone zapasy gazów dla całego zespołu. Do tego komunikacja pod wodą, zero zbędnych ruchów, jednym słowem majstersztyk! Zaczęło mnie to wciągać.

W między czasie przełamywałem kolejne bariery, czyli: pierwszy raz pod termokliną (brrrr, zimno!), pierwszy raz nurkowanie nocne (fantastyczne!), pierwsze 30m, suchy skafander, pierwsze 40m, przesiadka na twin’a. Do tego treningi na basenie oraz warsztaty u innych instruktorów (tak, tak, to bardzo ważne aby uczyć się od różnych ludzi, nie ma w tym nic złego). Wszystko w zimnych polskich wodach i raz w czeskich, też zimnych  (kamieniołom Hermanice w listopadzie – btw, fantastyczne nurkowanie!).

Pisząc ten tekst mam na koncie tylko ok. 50 zalogowanych nurkowań. Mnóstwo pracy jeszcze przede mną. Oczywiście można powiedzieć, że szkoda czasu na ćwiczenie trymu, pływalności, bawienia się w procedury itd. Lepiej jechać do Egiptu i podziwiać rafę. OK, ale czy nie fajnie mieć najpierw opanowany warsztat i panować nad przebiegiem nurkowania, niż zdawać się na przypadek?

Poza tym… fantastycznie relaksuję się wisząc w bezruchu w toni na głębokości np. 5 metrów. Cisza, spokój, nic się nie dzieje… :-)Uwierzcie mi, nie jest to takie proste jak się wydaje, ale wykonanie tego bez specjalnego wysiłku daje duuużą satysfakcję :-)

Piotr „Szpargał” Szpartaluk

Dodaj komentarz